1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (9 głosów, średnia: 4,44)
Loading...

Wspomnienia Pana Lucjana

Poniżej prezentujemy cykl wspomnień pana Lucjana (emerytowanego kolejarza, który pracował m.in. w Szczytnie, Wielbarku i Szymanach), które ukazały się w tygodniku “Kurek Mazurski” w numerach 43/09 – 01/10. Autorem artykułów jest Łukasz Łogmin

 

Z DOMU RODZINNEGO DO NIEWOLI

Lucjan Woźniak urodził się we wsi Brzuze w okolicach Makowa Mazowieckiego 28 listopada 1925 roku. Od najmłodszych lat pomagał rodzicom w utrzymaniu niewielkiego gospodarstwa. Później rozpoczął edukację w szkole powszechnej w Mroczkach, następnie kontynuował ją w szkole w Makowie Mazowieckim. Z powodu wybuchu drugiej wojny światowej nie dane mu jednak było ukończyć nauki.
– W lutym 1942 roku mój rocznik został wyznaczony do pracy w Rzeszy – mówi Lucjan Woźniak – Czułem wielki strach przed tym, co mnie czeka. Ludzi skoszarowano w Wojciechowicach. Szans na ucieczkę nie było żadnych.
– Straże nas ciągle pilnowały, każdy bał się wysunąć nos – opowiada.
Stamtąd rozwożono ludzi w różnych kierunkach. Pan Lucjan wraz z innymi trafił do Szczytna.

KASZA BYŁA DOBRA

– W Szczytnie zaprowadzili nas do urzędu, w którym spisywano nasze wszystkie dane – wspomina. Następnie, zostali przeprowadzeni ulicami miasta w okolice kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, gdzie znajdował się sporych rozmiarów barak. Jak się okazało, mieli w tym miejscu spędzić noc. Ludzie dostali ciepły posiłek, niektórzy pierwszy od kilku dni. Była to kasza ugotowana na mleku a podana w … olbrzymiej wannie.
– Wszyscy byli głodni, każdy pchał się jak najbliżej. Pamiętam, jak jeden z mniejszych chłopaków wpadł pod naporem innych do środka.
Pilnujący więźniów Niemiec wyciągnął nieszczęśnika z kadzi. Na szczęście obyło się bez jakiś poważniejszych konsekwencji.
– Po chwili konsternacji „uczta” rozpoczęła się na nowo. Kasza była dobra – wspomina pan Lucjan.
W nocy zaprowadzono ich do szpitala, do łaźni, gdzie mieli być umyci i odkażeni. Na miejscu zostali rozebrani i skierowani pod prysznice. W tym samym czasie ubrania oddano do odkażania. Gdy otrzymali je ponownie, duża ich część była zniszczona.
– Moja skórzana kurtka i pasek całkowicie się skruszyły – wspomina.

MOJE PIERWSZE PIWO

Po tym wszystkim ponownie wrócili do baraku.
– Kazano nam odpoczywać, ale większość nie mogła zmrużyć oka. Tym bardziej, że na dworze zaczynało już świtać. Pod ogrodzeniem zaczęli pojawiać się tzw. kupcy, upatrujący odpowiednich pracowników dla siebie.
Jeńców wypytywano o ich umiejętności. Do prac w gospodarstwie poszukiwani byli najczęściej ludzie silni i solidnie zbudowani i ci jako pierwsi znaleźli swoich nowych „pracodawców”. Po jakimś czasie za ogrodzeniem został jedynie pan Lucjan wraz z garstką innych.
– Jeden z przyglądających się nam zwrócił uwagę na mnie. Wiedziałem, że wybrał mnie, gdyż zaraz potem poszedł do biura. Widocznie załatwiał jakieś formalności.

Gdy wszystko już było dopięte na ostatni guzik, udali się we dwójkę w stronę miasta.
– Poszliśmy do knajpy znajdującej się przy dzisiejszej ulicy Odrodzenia.
Tam siedli przy stoliku. W milczeniu wpatrywali się w siebie.
– Nagle Niemiec wstał i przyniósł dwa piwa. Duże dla siebie i małe dla mnie. Pierwszy raz w życiu piwo piłem. Nie smakowało mi, ale nie dałem tego po sobie poznać.
Potem wyszli z lokalu, kierując się w stronę bryczki.
Nie miał pojęcia, gdzie zostanie wywieziony. Liczył, że być może trafi w znane mu okolice. Przez myśl przemknął mu pomysł o ucieczce. Bardzo ucieszył się, gdy zobaczył jak bryczka skręca, kierując się do wyjazdu ze Szczytna w stronę Wielbarka. Radość trwała jednak krótko, zajechali tylko po córkę właściciela ziemskiego, który odbierał ją ze szkoły, potem zawrócili, jadąc w nieznane panu Lucjanowi strony.

CIĘŻKA PIERZYNA

Wydawało mu się, że jazda nie będzie miała końca. Wiedział, w którym kierunku znajdują się byłe ziemie polskie, przez co miał również świadomość tego, że ciągle się od nich oddalają. Gdy dojechali na miejsce okazało się, że będzie pracował w sporym gospodarstwie w Orżynach.
– Stała tam duża obora i jeszcze większa stodoła, a sam właściciel posiadał 150 morgów ziemi.
Gospodarz pokazał mu jego nowy pokój, który znajdował się w domu. Nie był zbyt duży, ale wyglądał na całkiem zadbany. Otrzymał ciepły posiłek, jednak nie bardzo miał na niego ochotę. Jak mówi, stres odebrał mu poczucie głodu. Zaraz po jedzeniu został zawołany do pracy. Była ostra zima i w gospodarstwie zamarzała pompa tłocząca wodę ze studni do budynków gospodarczych. Panu Lucjanowi wręczono dwa wiadra i pozostałą część dnia nosił wodę ze studni do obory. Później przyszedł czas na pierwszą noc w nowych warunkach.
– Dostałem olbrzymią pierzynę do przykrycia. Sporo ważyła, ale dobrze mi się pod nią spało – wspomina.

„KOMM ESSEN”

Rano obudziło go nagłe wtargnięcie do pokoju córki właściciela, która w drzwiach powiedziała: „komm essen”, po czym odwróciła się i wyszła. Jak przyznaje, niewiele mu to mówiło.
– „Komm” to jeszcze się domyślałem co znaczy, ale „essen” – nie.
Wyszedł nieśmiało z pokoju, rozglądając się ostrożnie po korytarzu. Nikogo dookoła nie było. Wrócił do swojego pokoju. Niedługo potem rozpoczął się kolejny dzień pracy. Miał zajmować się końmi. W gospodarstwie było ich dziewięć, a ponieważ lubił te zwierzęta, praca przy nich wydawała się całkiem znośna. Głód jednak nie dawał o sobie zapomnieć.
– Byłem strasznie głodny. Znalazłem jakąś brukiew, nie wyglądała apetycznie, ale obrałem ją i zjadłem.
W porze popołudniowej ponownie usłyszał znane z rana zdanie „komm essen”. Wybiegł szybko ze stodoły, ale ponownie nikogo nie widział. Nie dawało mu spokoju wykrzykiwane przez gospodarzy zdanie. Wieczorem spotkał się z innym Polakiem pracującym w Orżynach. Zaczęli ze sobą rozmawiać. Pan Lucjan skarżył się, mówiąc, że praca jest ciężka, a dodatkowo gospodarze go głodzą. Jego rozmówca nie krył tym faktem zdziwienia.
– Na jakość jedzenia narzekać można, ale nigdy na ilość. A wołają cię w ogóle na posiłki? – zapytał.
– Ja mało co rozumiem. Często na mnie wołają „komm essen” – odpowiedział pan Lucjan. W tym momencie Polak roześmiał, się tłumacząc, że „komm essen” znaczy dosłownie „chodź … jeść”.

EPIZOD W ZGONIE

W gospodarstwie w Orżynach pracował do lipca 1943 roku. Wtedy to mimo żniw, przeniesiony został do prac przy rozbudowie umocnień w okolicach miejscowości Zgon. Jak wspomina w okresie, w którym tam przebywał, pracowało wraz z nim około 700 ludzi. Dostał przydział do małego chlewika, w którym piętro wyżej mieszkali esesmani. Pewnego razu słyszeli jak między sobą rozmawiali.
– Koledzy tłumaczyli. Niemcy przechwalali się między sobą, opowiadali jakie straszne rzeczy robili na wschodzie, np. wrzucali dzieci do studni… Dzień w Zgonie rozpoczynał się od zbiórki na polu przy jeziorze. Następnie ludzie kierowani byli do prac. Pewnego razu rozkazano im nosić cement. Jeden ze słabszych więźniów potknął się, niosąc 40-kilogramowy worek, przewrócił się, wysypując zawartość na ziemię.
– Dostał za to dwadzieścia batów. Już po szóstym przestał krzyczeć i zemdlał. Po ostatnim uderzeniu polano go wodą i kazano wrócić do pracy. W grudniu pan Lucjan powraca do swojego gospodarza w Orżynach.

EGZEKUCJA LEONA

Przy żniwach już nie pomógł, ale w gospodarstwie cały rok było coś do zrobienia. Z Orżyn pamięta jeszcze sprawę Leona. Był rok 1941. Inny gospodarz został powołany do wojska. W swoje miejsce miał prawo otrzymać pracownika, którego zadaniem było sprawowanie za niego opieki nad gospodarstwem. Wybrał właśnie Leona. Nie pamięta jego nazwiska, wie jedynie, że pochodził z okolic Łomży.
– Nie była to duża gospodarka. Leon zajmował się nią kilka lat. Jednak pewnego razu, pijąc piwo z miejscowym żandarmem, zeszli na niebezpieczny temat. Żandarm zaczął go podpytywać mówiąc, że on to ma dobrze, bo Niemiec mu zostawił swoje gospodarstwo, żonę i córkę, więc na pewno się nie nudzi. Leon wcale nie zaprzeczał, a nawet zaczął podawać pikantne szczegóły.
Żandarm zgłosił całą sprawę władzom. Bardzo szybko Leon został aresztowany. Mniej więcej po dwóch miesiącach ogłoszono zbiórkę więźniów przebywających w Orżynach i pobliskich miejscowościach. Gdy wszyscy byli już obecni, na ciężarówce przywieziono Leona.
– Widać, że był strasznie wymęczony. Postawili go na samochodzie na krzesełku. Nie miał siły sam stać, podtrzymywali go po bokach dwaj Niemcy. Następnie przywiązano linę do gałęzi sosny. Jeden z Niemców wygłosił mowę, potem samochód ruszył, Leon nawet nie drgnął, jego ciało zwisało bezwładnie.

DALSZE LOSY

Po wojnie pan Lucjan nie interesował się losami swoich gospodarzy z Orżyn. Dopiero w połowie lat siedemdziesiątych nawiązał kontakt z najstarszą córką Eriką. – Potrzebowałem zaświadczenia o tym, że pracowałem przymusowo w czasie wojny. Od ludzi w Orżynach dostałem jej aktualny adres zamieszkania. Napisałem list, a jakieś dwa tygodnie później dostałem odpowiedź wraz z potrzebnym mi zaświadczeniem.
Jak się dowiedział, gospodarz w czasie wojny został zabrany przez Rosjan i zaginął bez wieści. Dzieci wróciły na starą gospodarkę w Orżynach, jednak nie poradziły sobie z jej prowadzeniem i w latach siedemdziesiątych wyjechały do Niemiec.
– Wysłaliśmy sobie jeszcze kiedyś życzenia świąteczne. Później kontakt się urwał. Wiem, że Erika i jeden z synów już nie żyją.
Dziś gospodarstwo, w którym pracował pan Lucjan, należy do gospodarza mieszkającego w Miętkich.

„WYZWOLENIE”

Czas pracy w Orżynach dobiegał końca. W styczniu 1945 roku rodzina gospodarzy, u których pracował pan Lucjan, postanowiła uciekać do Jeleniowa, do swojego kuzyna. Kierunek ucieczki nie bardzo odpowiadał panu Lucjanowi. Udało mu się jednak namówić gospodarza, aby ten pozwolił mu wrócić do gospodarstwa napoić bydło. Ten zgodził się, zastrzegając jednak, że zaraz po wykonaniu zadania ma wrócić do Jeleniowa. Pan Lucjan nie zamierzał jednak tego robić. Gdy dotarł na miejsce, w Orżynach pozostali jedynie nieliczni starzy ludzie. Wrócił do domu swoich gospodarzy i postanowił spędzić tam noc.
– Nie wiem, która była godzina. Usłyszałem jakieś hałasy, pojedyncze strzały. To byli Rosjanie. Oni szukali Niemców. Gdy powiedziałem, że jestem Polakiem, zostawili mnie.
Jeszcze tej samej nocy postanowił dotrzeć do Szczytna.
Od Orżyn do Szczytna jechał na sześciu rowerach, których sporo leżało na poboczach drogi, a doszedł… piechotą. Za każdym razem, gdy spotkał Rosjanina musiał oddać mu posiadany bicykl. Gdy w końcu dotarł do celu, chciał dalej kierować się w stronę swoich rodzinnych ziem, czyli okolic Makowa Mazowieckiego. – W Szczytnie jednak zostałem wraz z innymi złapanymi Polakami skierowany do Korpel, gdzie znajdowało się biuro. Tam nas przesłuchano, ale szybko wypuszczono. Udałem się w dalszą podróż. Tym razem miałem już towarzystwo. Szedłem razem z napotkaną ukraińską rodziną.

DO DOMU NIE DOTARŁEM

W okolicach Nowin spotkali jadącego na rowerze żołnierza radzieckiego. Po chwili rozmowy, w momencie, gdy chcieli się już z nim żegnać ten nakazał im, aby udali się za nim. Dla potwierdzenia tego, że nie chce słuchać żadnych słów sprzeciwu zdjął z ramienia karabin i przeładował go. Okazało się, że w Nowinach został utworzony punkt, gdzie gromadzone było bydło pozostawione przez uciekających Niemców.
– Było już tam sporo ludzi, których spędzono, aby zajęli się inwentarzem.
On sam miał zająć się dowozem siana.
– Dostałem takie duże sanie, w które zaprzęgnięte były dwa konie. Miałem jeździć w okolice jeziora saskiego, gdzie znaleziono duże zapasy siana i przywozić je do Nowin. Po sześciu kursach następowała zmiana i zastępował mnie kolejny na liście. Niestety, gorzej sprawa wyglądała z wodą. Należy pamiętać, że większość źródeł była zamarznięta. Krowy zaczęły zdychać. Zwołano zebranie, na którym miano zdecydować co zrobić z padłymi zwierzętami. Uznano, że najlepiej będzie zdjąć z nich skóry, a resztki zaciągnąć końmi do pobliskiego lasu.
– Między drzewami walały się dziesiątki szczątek padłych zwierząt. Mięsa mieliśmy pod dostatkiem, brakowało za to chleba.

WIELBARK

Po mniej więcej tygodniu skierowany został do prac przy lotnisku w Szymanach. Ciężarówka, którą jechali na lotnisko, będąc już tuż pod Szymanami nagle zawróciła i zawiozła wszystkich do Wielbarka.
– Trafiliśmy tam do obozu, gdzie nas zrewidowano.
Zabrano im wszystkie rzeczy, które mieli przy sobie. Zostali umieszczeni w wielkim baraku. Jak wspomina pan Lucjan, mogło tam być około 500 osób. Przebywał tam około tygodnia. Szanse na ucieczkę były niewielkie.
– Mnie się trafiło miejsce przy samym wyjściu. Miałem więcej świeżego powietrza. Głębiej było gorzej.
Stamtąd prowadzani byli do budynku przy ulicy Kopernika, gdzie rezydowało NKWD, na przesłuchania. Przyszła kolej także i na pana Lucjana.
Mały żołnierz z wielkim karabinem zaprowadził go do pokoju, w którym siedziała trzyosobowa komisja. Przesłuchanie trwało dosyć długo.
– Pytano mnie, dlaczego pracowałem dla Niemca, zamiast iść do partyzantki.
W końcu, po ostrzejszej wymianie zdań, udało się mu uzyskać przepustkę.
– Enkawudzista wziął kawałek gazety i napisał po rosyjsku: Przepuścić.
Początkowa radość nie trwała długo. Taka przepustka nie znaczyła praktycznie nic. Pierwszy napotkany Rosjanin zgniótł ją i kazał zawracać do obozu. Pan Lucjan miał jednak szczęście. W momencie, gdy doprowadzony został do obozu, trwał tam handel. Ludzie zajmujący się w Nowinach bydłem potrzebowali więcej osób do pracy, w zamian oferowali strażnikom alkohol. Pan Lucjan ponownie trafił do tej miejscowości.
– Po mniej więcej tygodniu Rosjanie popędzili bydło, a ludzi zapakowali i przywieźli do Szczytna. Tu trafiłem do pracy przy załadunku transportów z dobrami, które jechały później do ZSRR.

KOLEJ ALBO MILICJA

Ładowali wszystko, poczynając od liczników na wodę poprzez pianina i inne sprzęty. Wszystko dokładnie było pakowane w skrzynki, które sami zbijali. Wraz z upływem czasu relacje między pracownikami a pilnującymi ich strażnikami znacznie się poprawiły.
– Zaczęliśmy handlować z Rosjanami. Naszą walutą był bimber, który sami pędziliśmy.
W ten sposób udawało im się kupić wiele dóbr. Mieli możliwość zdobycia żywności, odzieży, a nawet lekarstw.
– Po pewnym czasie zaczęto rozpowszechniać informacje o tym, że poszukiwani są ludzie do pracy. Rosjanie nie stawiali przeszkód, jak ktoś sobie znalazł pracę, pozwalano mu odejść. Okazało się jednak, że poszukiwani są jedynie kandydaci do pracy na kolei i w milicji. Ja wybrałem kolej.

POCZĄTKI NA KOLEI

Swoją karierę na kolei pan Lucjan rozpoczynał od pracy zwrotniczego najpierw w Szczytnie, a później w Wielbarku. Szybkie awanse na kolejne stanowiska zawdzięczał ukończeniu przed wojną szkoły.
– W tym okresie potrzebowano ludzi do pracy na każdym stanowisku. Niektórzy umieli się jedynie podpisać. Ja miałem o wiele łatwiej Po ukończeniu odpowiednich kursów i szkoleń zostawał kolejno starszym zwrotniczym, nastawniczym, dyżurnym ruchu a na początku lat 50. zawiadowcą stacji. – Praca na kolei była ciężka. Na początku wyglądało to tak, że pracowało się szesnaście godzin, potem tyle samo odpoczynku i znów na szesnaście godzin do pracy. Człowiek jednak był zadowolony, nie miał już nad sobą kata, czuło się wolność.

WIELBARK TUŻ PO WOJNIE

– Gdy przybyłem do Wielbarka, miasto wydawało się praktycznie wyludnione, miejscowość została ograbiona, szyby powybijane, duże sterty gruzu leżały przy ulicach. Ludzie mówili, że nie wiadomo, czy to będą nasze ziemie, więc każdy szabrował ile się dało.
Poniemiecka infrastruktura kolejowa została całkowicie zniszczona. Tor prowadzący do Nidzicy rozorano.
Ponieważ budynek stacyjny leżał w gruzach, stację zorganizowano w domu przy dzisiejszej ulicy Czarnieckiego 21.
Przed budynkiem znajdowała się ogromna, drewniana rampa kolejowa.
– Z jednej jej strony leżały tory o normalnej szerokości, z drugiej szyny były dostosowane do pociągów o szerokim rozstawie osi. Ten tor ciągnął się w stronę Ostrołęki.
Na drewnianej rampie dokonywano przeładunków dóbr zrabowanych w okolicy do pociągów jadących w kierunku granicy z ZSRR.
– W bardzo krótkim czasie po przejęciu stacji w ręce polskie tor został z powrotem przebudowany na potrzeby pociągów normalnotorowych.
Na parterze budynku stacji swoją siedzibę miał dyżurny ruchu i około trzydziestoosobowy oddział sokistów, piętro wyżej znajdowała się poczekalnia. Zniszczona wieża ciśnień uniemożliwiała wodowanie parowozów. Problem ten rozwiązano w dosyć prosty sposób.
– Do dziś przy moście nad rzeką znajduje się delikatny pagórek. Tam był posterunek z pompami i z żurawiem. Węże z jednej strony zanurzone w rzeczce, z drugiej w parowozie pompowały wodę dzięki pracy potężnych silników dieslowskich.

NIEMIECKIE PIWO

Ze zniszczonym budynkiem stacyjnym w Wielbarku wiąże się ciekawa anegdota. Jeszcze w czasie wojny, gdy funkcjonował on w miarę normalnie znajdowały się w nim kasy, poczekalnie a także bufet. Po wojnie budynku nie udało się odremontować. Jego pozostałości przykryte zostały cienką warstwą ziemi. Pewnego razu do pana Lucjana zgłosili się ludzie pracujący w służbie drogowej kolei.
– Poszukiwali cegieł. Pokazałem im miejsce, gdzie znajdowały się piwnice i fundamenty zasypanego budynku stacyjnego.
Robotnicy początkowo z niedowierzaniem zaczęli kopać. Bardzo szybko dobrnęli do praktycznie nietkniętych cegieł. Jak się okazało, budulec znajdował się w bardzo dobrym stanie.
– Cegły wyglądały na nowe. Robotnicy znaleźli również coś jeszcze. Z wielkim trudem wyciągnęli dwie albo trzy beczki poniemieckiego piwa. Prawdopodobnie dokopali się do piwnic bufetu, który tu kiedyś działał. Piwo było dobre. Chyba ze dwa dni trwała impreza.

DYŻURNY RUCHU

Po ukończeniu kursu dyżurnych ruchu, skierowany został na rok do Nidzicy.
– Tam poznałem co to praca na kolei. Wielbark był małą stacyjką, raptem trzy tory, na których przyjmowano pociągi, w Nidzicy takich torów było siedem. Praca w Nidzicy wiązała się dodatkowo z uciążliwymi dojazdami. Szybko jednak powrócił do Wielbarka. Radość niestety nie trwała długo. Został wyznaczony jako zawiadowca stacji do Sątop – Samulewa.
– Nie chciałem się tam przenosić. Przekonywałem swojego zwierzchnika, że żona się ze mną rozejdzie jeśli będziemy musieli wyjechać z Wielbarka. Udało się.
Przeniesiony został do pracy w Szymanach.
– Było blisko, a pracowało się tam dosyć dobrze. Często odprawialiśmy transporty wojskowe, a wojsko to wiadomo – dyscyplina i porządek.

JAK TRWOGA TO DO BOGA

Po około czteroletnim pobycie w Szymanach powrócił do pracy jako zawiadowca stacji w Wielbarku. W latach sześćdziesiątych przez miejscowość często przejeżdżały wagony budowane dla ZSRR w NRD. Pewnego razu w jednym z nich zagrzała się oś. Wagon należało odczepić i dokonać należytych napraw. – Był to wagon przystosowany do jazdy w ZSRR. Zamiast zderzaków miał tzw. autoszczep, coś takiego jak w tramwaju.
Jednym słowem nie można go było podłączyć do pierwszego lepszego składu, lecz należało czekać, aż będzie jechał kolejny transport wagonów posiadających identyczny system łączenia. Po kilkudziesięciu dniach przejeżdżał pociąg, do którego mieli podłączyć feralny wagon. Mimo licznych prób nie udało się. W końcu wagon spędził w Wielbarku kilka miesięcy.
– Pewnego dnia zauważyłem, że wagon zniknął.
Okazało się, że został podłączony do składu, który przejeżdżał przez Wielbark nocą.
– Stało się tak dzięki ówczesnemu proboszczowi Ryszardowi Domagale. W czasie okupacji był pomocnikiem maszynisty. Jak się okazało takie wagony należało łączyć na prostym torze, a nie na łuku jak robiliśmy to my. Ksiądz skwitował to: – Mszy to żaden by nie odprawił, a ja wagony szczepiam.

CHLOREM ODDYCHA SIĘ RAZ

Przez Wielbark przejeżdżało wiele niebezpiecznych transportów wiozących chemikalia, np. chlor. Pewnego razu taki skład zatrzymał się na jakiś czas na bocznicy. – Był to skład z Gdańska do Białegostoku. Gdy przechodziłem wzdłuż wagonów zauważyłem, że jeden z zaworów nie jest szczelny. Kropla za kroplą z wagonu uchodził chlor.
– Jest to silnie trujący pierwiastek. Miałem świadomość, że chlorem oddycha się raz, ale na otwartej przestrzeni, przy stosunkowo niewielkim wycieku, nic mi się nie stało.
Wiedział, że w takiej sytuacji trzeba było wezwać specjalną ekipę, która zneutralizowałaby ładunek. Pobiegł szybko do kierownika pociągu, aby powiedzieć mu co się dzieje
– Ten spokojnie odpowiedział, że to nic takiego. Wziął do ręki duży młot i z całej siły walnął w zawór. Przestało ciec, semafor za jakiś czas się podniósł i pociąg odjechał.

OD INSTRUKTORA DO KONTROLERA

Po okresie pracy w Wielbarku, pan Lucjan został wyznaczony do pracy jako instruktor. Jeździł wtedy po całym województwie, prowadząc kursy dla chcących dokształcić się kolejarzy.
– W pewnym okresie uczyłem chyba z 700 osób.
Praca na tym stanowisku nie trwała długo. Po około trzech latach został kontrolerem. Obszar, na jakim działał, rozciągał się od Nasielska przez Działdowo do Olsztyna, od Nidzicy do Szczytna i od Czerwonki aż po Ełk.
– Lubiłem tę pracę. Samemu się ustalało co i gdzie chce się skontrolować. Z tego okresu pamiętam najwięcej. Człowiek spotykał się z wieloma ludźmi, rozmawiał, poznawał ich problemy.

KONTROLA W BISKUPCU

Pewnego razu pan Lucjan wybrał się na kontrolę do Biskupca i Mrągowa. Poszedł na nastawnię w Biskupcu. Pracowała tam kobieta mieszkająca w Targowskiej Woli. Nie spieszył się zbytnio, gdyż autobus odjeżdżający do Mrągowa miał dopiero za kilka godzin.
– Był już wieczór. Zgodnie z nakazem, wszystkie zbędne światła na nastawni były wygaszone, siadłem przy stoliku, na którym świeciła się nocna lampka i zacząłem przeglądać księgę rejestrową.
Wszystko było w porządku, zresztą, jak mówi, szukał poważnych przewinień, nigdy nie czepiając się byle czego.
– W pewnym momencie usłyszałem dziwny hałas, coś jakby się za mną poruszyło. Obejrzałem się, ale nic nie widziałem.
Po pewnym czasie sytuacja się powtórzyła. Tym razem pan Lucjan wstał, podszedł do skrzyni, w której trzymano węgiel i odchylił wieko.
– Na kilka sekund mnie zamurowało. Zobaczyłem małego chłopca leżącego na węglu.

ODKRYŁEM BIEDĘ

Spojrzał na kobietę pracującą na nastawni, ta stała nieruchomo, przestraszona.
– To było niedopuszczalne, aby do budynku zabierać ze sobą dziecko. Za coś takiego straciłaby pracę.
Szybko przemyślał całą sytuację. Nie chcąc straszyć chłopca, wręczył mu cukierki, których garść zawsze nosił przy sobie. Pan Lucjan w tym okresie palił duże ilości papierosów, po których lubił poprawić sobie smak w ustach ssąc cukierki.
– Chłopcu, gdy otrzymał całą garść łakoci, aż się oczy zaświeciły. Mówił, że są pyszne, a to były zwykłe cukierki.
Jak się dowiedział, kobieta miała jeszcze siedmioletnią dziewczynkę, która opiekowała się w domu najmłodszym dzieckiem. Zaś trzyletniego syna, największego łobuziaka, brała ze sobą do pracy, obawiając się, że córka nie poradzi sobie z dwojgiem dzieci.
– Przecież ona nie wzięła dziecka dla rozrywki, tylko nie miała go z kim zostawić. Odkryłem biedę. Zastanawiałem się przez chwilę, co z całą sprawą dalej zrobić.
Znał ówczesnego zawiadowcę stacji w Biskupcu, oficera wojska.
– Wiedziałem jaki jest z charakteru. Domyślałem się, że jak tylko się dowie o całym zdarzeniu zwolni kobietę z pracy. Postanowiłem nie informować o tym nikogo.
Zawiadowca z Biskupca do końca swojej służby nie dowiedział się o tym zajściu.
Główny sprawca całego zamieszania jeszcze długo dopytywał się, kiedy znowu przyjedzie wujek, który tak hojnie obdarował go cukierkami.

POCIĄG SPECJALNY

Zdarzenie to miało miejsce w latach siedemdziesiątych. Będąc w Działdowie, pan Lucjan otrzymał pilną informację, że od strony Warszawy nadjeżdża pociąg specjalny. Wydano też polecenie, że ma do niego wsiąść.
– Dopiero jak wsiadłem dowiedziałem się, że pociągiem podróżują ważne persony: przywódca Rumunii Nicolae Ceausescu i premier Polski Piotr Jaroszewicz.
Skład zestawiony był: z parowozu, salonki, w której przebywali pracownicy zapasowi PKP, tacy jak maszyniści czy łącznościowcy, wagonu ochrony, salonki Ceausescu, salonki Jaroszewicza, bufetu oraz wagonu zbrojeniowego, gdzie znajdowała się broń i amunicja. Taki pociąg miał wyznaczone czasy przejazdu oraz przybycia do stacji docelowej. Średnia prędkość wynosiła zaledwie 40 km/h.
– Warszawscy kolejarze zawsze pozwalali sobie na więcej i nie stosowali się ściśle do przepisów. Okazało się, że jechali szybciej niż powinni, dlatego my, by dotrzeć do Gągławek czasowo musieliśmy jechać bardzo wolno. W niektórych momentach z pociągu można było wyskoczyć i wskoczyć do niego ponownie. Dzięki temu mieli dużo wolnego czasu, który spędzali głównie na grach w karty.

PYSZNY SALCESON

W czasie jazdy do salonki, gdzie przebywali pracownicy PKP, wszedł oficer ochrony i zaprosił wszystkich do bufetu na kolację. Żeby do niego dotrzeć, musieli przejść przez cały skład.
– Największe wrażenie zrobiły na mnie dywany w salonkach, którymi jechali oficjele. Miały strasznie długie włosie i były bardzo miękkie. Nigdy u nikogo w domu takich nie widziałem.
Jak opowiada pan Lucjan, konstrukcyjnie wagony wyglądały tak samo jak i inne. Także były podzielone na przedziały, różniły się jednak, i to bardzo, komfortowym wykończeniem.
– Jak przechodziłem przez salonkę Ceausescu mignęła mi gdzieś jego postać, widoczna między niedociągniętymi zasłonami.
Gdy doszli do bufetu, wszyscy siedli przy sporych rozmiarów stole.
– Czekaliśmy jakie specjały nam podadzą. Kelner po pewnym czasie przyniósł kaszankę i salceson. Do picia mieliśmy albo kawę zbożową, albo herbatę. Dziś może się wydawać, że nie było to nic specjalnego. Wtedy ciężko było dostać wyroby z mięsa. Również jakość i smak nie miały porównania z tymi, które można było dostać w sklepach.

GĄGŁAWKI

Po obfitej kolacji, z której niektórzy wzięli prowiant na dalszą część wycieczki, udali się ponownie do swojej salonki. Czas mijał powoli. Pociąg wlókł się niemiłosiernie wolno. W końcu po kilku godzinach dojechali do Gągławek. Pogoda była marna, było zimno, padała gęsta mżawka a nagłe podmuchy wiatru wywoływały głośny szelest pobliskich drzew. Nikomu się nie spieszyło, aby wysiadać. Na stacji stała mała grupka oficjeli ubranych w garnitury i płaszcze, chroniąca się przed uderzającymi ich falami kropel deszczu.
W pociągu zapanowała konsternacja. Okazało się bowiem, że zbyt mało przedstawicieli władz ze strony polskiej przybyło na powitanie tak znanego polityka sojuszniczego kraju.

– Nagle ktoś wpadł do naszego wagonu, każąc szybko wychodzić na zewnątrz.
Mimo zdziwienia zaistniałą sytuacją, obsługa pociągu posłusznie wyszła z salonki na pobliski peron.
– Mieliśmy ustawić się w równym rzędzie, ktoś pospiesznie przeszedł wzdłuż niego sprawdzając, czy wyglądamy w miarę porządnie.
Stali tak przez chwilę, aż w wyjściu wagonu pojawiła się postać rumuńskiego polityka.
– Podszedł do pierwszego kolegi, myśląc, że to przedstawiciel władz. Uśmiechnął się i uścisnął mu dłoń. Jako że stałem w środku trochę poczekałem na swoją kolej. W końcu podszedł i do mnie. Popatrzył, podał dłoń i poszedł dalej.
Ci, którzy stali na początku rzędu, dostali nakaz, aby przejść za plecami kolegów, żeby jeszcze raz przywitać Ceausescu.

ODJAZD

Po całej akcji kolejarze śmiali się do rozpuku, że pewnie Ceausescu nie spodziewał się, iż w takich Gągławkach może mu wyjść tyle ludzi na powitanie.
– Po chwili podjechały rządowe wołgi i czajki. Oficjele bardzo szybko się do nich zapakowali i ruszyli w dalszą drogę.
Odkąd z pociągu wysiedli politycy, przestał być on pociągiem specjalnym. Jednym słowem w drogę powrotną mógł się udać jako zwykły skład, którego nie obowiązują dodatkowe ograniczenia.
– Było zimno, ale zawiadowca stacji zaprosił nas na herbatę. Gdy już się zagrzaliśmy, odprawiliśmy pociąg z powrotem, a ja autobusem wróciłem do domu.

TRAGEDIA POD DZIAŁDOWEM

Nie wszystkie wspomnienia pana Lucjana są opowieściami przyjemnymi dla ucha. Bez wątpienia zaliczyć do nich można te dotyczące wypadków, do jakich doszło na kolei. Pierwszy, o którym mówi, wydarzył się pod Działdowem. Miało to miejsce na przejeździe w okolicach miejscowości Komorniki, leżącej przy drodze prowadzącej z Olsztyna do Działdowa. Do dziś znajduje się tam niestrzeżony przejazd.
– Gdy dojechaliśmy na miejsce, część rzeczy została już zebrana. Jednak i tak widok był przerażający. Dookoła walało się pełno części. Samochód był tak zmielony, że rozpoznanie jego marki nie wchodziło w grę. Jedyne, co było całe to gumowa wycieraczka pod nogi, która leżała w pobliskim rowie. Jak się okazało, samochód wjechał pod pociąg pospieszny relacji Warszawa – Olsztyn. Biegli zabrali się za pisanie protokołów.
– Dowiedzieliśmy się, że samochodem podróżowało pięć osób wraz z dużym psem, wilczurem. Nikt nie przeżył. Wszystko wskazywało na to, że kierowca nie zachował ostrożności i jadąc z górki nie zdołał zatrzymać samochodu przed przejazdem.
Po przeprowadzeniu wszystkich czynności lokomotywa została odprowadzona do Olsztyna na konieczny powypadkowy przegląd. Mniej więcej dwa dni później pan Lucjan był na szkoleniu w Olsztynie, na którym spotkał mechanika. Ten opowiadał mu: – Wie Pan co, ile myśmy się z tą lokomotywą zajmowali. Jak tylko wjechała na kanał zobaczyliśmy zwinięty kawał blachy, tkwiący w jej podwoziu. Za nic nie mogliśmy go wyciągnąć. Dopiero po długim czasie się udało.
Okazało się, że był to fragment blachy z samochodu, który owinął się wokół zapakowanych w brezentową torbę dwóch butelek wódki.
– To wręcz niesamowite, żeby z wypadku, w którym zginęło tyle osób, a samochód był tak zniszczony, ocalały dwie butelki wódki.

ROWERZYSTA W JAGARZEWIE

Wypadek pod Działdowem nie był jedynym, z którego cało wyszła tylko butelka wódki. Podobne zdarzenie miało miejsce na niestrzeżonym przejeździe w okolicach Jagarzewa koło Muszak. Tam doszło do wypadku kolejowego z udziałem rowerzysty. Z roweru została jedynie kupka powyginanego żelaza, rowerzysta całego zdarzenia nie przeżył.
– To było jakieś święto, sklepy były pozamykane. Ludzie mówili, że kilka godzin wcześniej wygrał parę groszy, grając w karty. Pojechał na melinę po alkohol i wracał do domu. Widocznie nie zauważył nadjeżdżającego pociągu relacji Nidzica – Szczytno.
Najdziwniejsze było to, że z wypadku ocalała jedynie butelka wódki, która przetoczyła się po kamieniach około dwadzieścia metrów.
– Do dziś nie wiem jak to możliwe. Gdyby poleciała po trawie, łatwiej byłoby wytłumaczyć to, że się nie potłukła, a ona przetoczyła się po twardych kamieniach nasypu kolejowego.

NIE DOJECHALI DO ŚWIĘTAJNA

Kolejny wypadek, jaki pamięta, wydarzył się na nieczynnym dziś przejeździe znajdującym się za Korpelami, przez który jechało się kiedyś do Olsztyna. Pracując jako kontroler jechał pociągiem do pracy do Olsztyna. Nagle poczuł, że maszynista zaczyna gwałtownie hamować, dawał także sygnały gwizdkiem. Pociąg stanął. – Wysiadłem i zobaczyłem maszynistę, który głośno lamentował, trzymając się rękoma za głowę.
Nie mógł wydusić z siebie ani jednego słowa. W końcu powiedział: – Potrąciłem samochód.
– Przeszedłem na drugą stronę pociągu. Wyglądało to strasznie. Na skarpie przy przejeździe siedziała starsza kobieta, na jej skroni widziałem strużkę krwi. Na kolanach trzymała małego chłopca, który krzyczał: gdzie jest moja mamusia.
Odwrócił się w stronę pociągu i wtedy zobaczył, że w pobliżu lokomotywy znajdują się zniszczone resztki samochodu.
– Widziałem też nienaturalnie wykrzywione ciało kobiety pokryte piachem i kurzem. Trochę dalej na torach leżały zwłoki mężczyzny, który zapewne był ojcem chłopca.
W chwilę po całym zajściu na miejscu pojawiło się pogotowie. Kobieta i mężczyzna zginęli. Jak się później dowiedział, rodzina jechała ze Szczecina do Świętajna. Po całym zdarzeniu maszynista nie podjął się prowadzenia dalej pociągu. Zastąpił go inny i po wykonaniu wszelkich niezbędnych czynności służbowych odesłano skład do Olsztyna.
– Z tego, co pamiętam, dochodzenie wykazało, że wina leżała po stronie kierowcy. Wschodzące słońce oślepiło go i nie zauważył nadjeżdżającego pociągu. Dobrze się stało, że ten przejazd został zlikwidowany.

PRZESTROGA DLA INNYCH

Wielu kierowcom wydaje się, że uda im się przejechać przed nadjeżdżającym pociągiem, nie zdają sobie sprawy jak bardzo ryzykują.
– To bardzo złudne i niebezpieczne przeświadczenie. Pociąg to nie samochód, droga jego hamowania jest o wiele dłuższa.
Najczęściej, gdy maszynista zobaczy wjeżdżający samochód na przejazd, niewiele może zrobić, aby zapobiec tragedii.
– Jedyne, co mu pozostaje, to włączyć hamulce, gwizdać i liczyć na to, że jednak nie dojdzie do zderzenia.
Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że jadący nawet bardzo wolno pociąg posiada ogromny pęd. Często droga potrzebna do zatrzymania składu wynosi nawet około kilometra.

W DOMU RODZINNYM

W dzisiejszym artykule pan Lucjan Woźniak opowie o tradycjach, zwyczajach i wierzeniach dotyczących okresu świątecznego.
Wspomnienia rozpoczynamy od czasów jego dzieciństwa, czyli lat 20. ubiegłego wieku.
Święta w jego rodzinnym domu w miejscowości Brzóze w okolicach Makowa Mazowieckiego, były długo wyczekiwane. Dzieci cieszyły się, że nadchodzi czas, gdy na stołach pojawią się lepsze dania a one same otrzymają podarki. Niepraktykowany był zwyczaj pisania listów do św. Mikołaja. Jeśli chodzi o prezenty, to dzieci najczęściej wykonywały je … same.
– Na kilka dni przed Wigilią ojciec dawał każdemu kawałek kory i nożyk. Mieliśmy wyrzeźbić z niej jakąś zabawkę. Mnie najlepiej wychodziły łódki.
Dzieci wierzyły, że podarki trafiają do Mikołaja, który sam decyduje co komu da. Jednym słowem zabawki wyrzeźbione przez dzieci jednego gospodarza otrzymywały dzieci innego zaś ten odwdzięczał się tym samym.
– Oczywiście my byliśmy przekonani, że wszystko dzieje się za pośrednictwem Mikołaja.
Poza rzeźbionymi zabawkami dzieci otrzymywały głównie prezenty praktyczne. Były to skarpety, cieplejsze buty czy spodnie, czasem słodycze.
Przygotowania do świąt rozpoczynały się na kilka dni wcześniej. Wtedy to kobiety brały się za gotowanie świątecznych potraw. Wszystkie gospodynie pomagały sobie wzajemnie. Zadaniem męskiej części rodziny była wyprawa do lasu po odpowiednią choinkę.
– Gdy byliśmy mali, ojciec zabierał nas ze sobą. Później, kiedy trochę podrośliśmy, sami udawaliśmy się na poszukiwanie choinki. Niekiedy znalezienie i wybranie tego najpiękniejszego drzewka zajmowało sporo czasu.
Po przyniesieniu choinki do domu, ojciec zajmował się jej odpowiednim ustawieniem. Później dzieci zabierały się za jej ubieranie. Za ozdoby służyły jabłka, cukierki, kolorowe łańcuchy, ciastka i papierowe wycinanki. Lampkami były pojedyncze świeczki, przywiązywane do gałązek drzewka.
– Zawsze przy ubieraniu choinki panowało wiele radości.
Kolację rozpoczynano dopiero, gdy wypatrzona została pierwsza gwiazdka. Przy stole, zgodnie z tradycją panującą do dziś, znajdowało się jedno wolne miejsce. Ojciec pana Lucjana dbał o to, aby pod obrusem znajdowało się sianko. On również jako pierwszy składał życzenia uczestnikom wigilijnej kolacji. Na dzielenie opłatka zapraszana była zarówno rodzina, jak i sąsiedzi.
– Na stołach znajdowało się pełno specjałów. Trudno było w tamtych czasach o karpia, ale ryba zawsze była na stole. Najczęściej była to smażona płotka, czasem szczupak.
Poza daniami rybnymi nie mogło zabraknąć makaronu z makiem, zalanego olejem lnianym oraz kapusty z grzybami.
Po kolacji większość mieszkańców wioski udawała się na pasterkę.
Ubrana choinka stała w domu do Święta Trzech Króli, potem była rozbierana.
– Wszyscy czekaliśmy na ten moment. Chodziło oczywiście o możliwość zjedzenia tego co się na niej znajdowało. Najcenniejsze były cukierki.

OKUPACJA

Zwyczaje panujące w miejscowości, w której mieszkał pan Lucjan niewiele się zmieniły po zajęciu tych ziem przez Niemców.
– Trochę gorzej wyglądała sytuacja z żywnością. Trzeba było Niemcom oddawać pewną jej część. Poza tym nie można było zabić np. świniaka. Ludzie jednak kombinowali i nie było tak źle. Niemcy nie przeszkadzali nam świętować, oni też uroczyście je obchodzili.
Jedyną niedogodnością był obowiązek posiadania przepustek na pasterkę.
– Najczęściej rozdawał je sołtys, po tym jak otrzymał je od władz niemieckich.

W NIEWOLI

Święta spędzone u niemieckiej rodziny w Orżynach, gdzie był pracownikiem przymusowym, wspomina całkiem przyjemnie. Kojarzyły mu się zwykle z czasem, gdy pojawiało się na stołach lepsze jedzenie a w gospodarstwie oprócz niezbędnych prac nie wykonywano żadnych dodatkowych czynności. Kolację wigilijną spożywał wraz z pozostałymi dwoma pracownikami, tak jak i inne posiłki, w jednym pokoju z rodziną gospodarza, siedząc jednak przy oddzielnym stole.
– Jedliśmy te same dania, zawsze panowała trochę luźniejsza atmosfera. W zwyczaju nie było jednak składania sobie życzeń i łamania się opłatkiem. Niemcy obawiali się, że ktoś zauważy, że są w zbyt dobrej komitywie z więźniami. Gdyby takie coś wyszło na jaw, więźniowie trafiliby do obozu, zaś gospodarze mieliby kłopot z otrzymaniem kolejnych pracowników.
Zarówno on, jak i pozostali dwaj robotnicy otrzymywali od gospodarzy prezenty.
– Były to drobne upominki. Ja jednak do dziś mile wspominam ciepłe skarpety dziergane na drutach.
Nieco inaczej wyglądała Wigilia 1944 roku. Front zbliżał się nieuchronnie. Przez wszystkie miejscowości przetaczały się masy ludzi uciekających na zachód. W czasie świąt panowały minorowe nastroje. Kilka dni wcześniej gospodarz wybrał pana Lucjana jako pomocnika przy pędzeniu bimbru.
– Robiliśmy to w nocy w wielkim pośpiechu. Otrzymałem za to kilka butelek napoju. Spożyliśmy go razem z innymi więźniami w Wigilię po kolacji.

KOLEJARSKA WIGILIA 1945

Po zakończeniu działań wojennych w 1945 roku, pierwszą Wigilię pracowniczą spędził wraz z innymi pracownikami kolei. Na stację w Wielbarku trafiło wielu kolejarzy z całej Polski.
– Sporo było pracowników z Białegostoku, Warszawy, kilku nawet z Krakowa.
Gdy zbliżał się czas świąt, postanowiono urządzić prawdziwą kolejarską Wigilię. Odbyła się ona w kolejowym budynku przy dzisiejszej ulicy Kajki. W rogu sali stała niewielka, skromnie ubrana choinka. Oprócz załogi stacji i sokistów uczestniczyli w niej zaproszeni goście, m.in. komendant milicji i ksiądz Domagała. Stoły były jednak puste. Panowała wtedy straszna bieda. Jedynym daniem były smażone płotki złowione przez kasjera Pogorzelskiego w pobliskiej Sawicy.
– Pod jedną ze ścian stał stół, przy którym siedzieli najważniejsi goście. Prostopadle do nich ustawione były stoły gdzie biesiadowali pozostali. Jedynie na głównym stole znajdowały się usmażone ryby.
Po złożeniu sobie życzeń i podzieleniu się opłatkiem przyniesionym przez księdza Domagałę, odśpiewali kilkanaście kolęd.
– Jedyne, czego nie brakowało, to bimber. Kolejarze z Białegostoku przywieźli dwie spore kany z trunkiem. Każdy pił w czym się dało.

W WIELBARKU

Ciekawe zwyczaje panowały w Wielbarku w pierwszych latach po drugiej wojnie. Społeczność kolejarzy była bardzo ze sobą zżyta. Większość mieszkała blisko siebie, utrzymując ze sobą bliskie kontakty.
– Zbieraliśmy składki, za które kupowaliśmy drobne prezenty. Przeważnie ja byłem dziadkiem Mrozem. Przebierałem się i chodziłem po wszystkich domach, dając upominki dzieciom.
Później zwyczaj ten zanikł. Pan Lucjan wspomina jednak jeszcze jedną Wigilię zorganizowaną przez kolejarzy w pobliskiej szkole. Uczestniczyły w niej nie tylko dzieci kolejarzy. W dużej sali zbudowana została specjalna ścianka. W czasie rozdawania prezentów każde kolejno dziecko wyczytane, podchodziło do niej i otrzymywało wędkę, za pomocą której musiało przerzucić żyłkę z haczykiem ponad ścianką. Siedząca za nią osoba mocowała na haczyku prezent, który dziecko musiało samo wyciągnąć.
– Wiele przy tym było śmiechu. W tamtych czasach święta oznaczały zupełnie coś innego niż teraz. Dziś wielu ludzi zapomina o więzach rodzinnych, spędzając je w wąskim gronie a najważniejsze dla nich to grający telewizor, jedzenie i alkohol na stole.Przez Wielbark przejeżdżało wiele niebezpiecznych transportów wiozących chemikalia, np. chlor. Pewnego razu taki skład zatrzymał się na jakiś czas na bocznicy. – Był to skład z Gdańska do Białegostoku. Gdy przechodziłem wzdłuż wagonów zauważyłem, że jeden z zaworów nie jest szczelny. Kropla za kroplą z wagonu uchodził chlor.
– Jest to silnie trujący pierwiastek. Miałem świadomość, że chlorem oddycha się raz, ale na otwartej przestrzeni, przy stosunkowo niewielkim wycieku, nic mi się nie stało.
Wiedział, że w takiej sytuacji trzeba było wezwać specjalną ekipę, która zneutralizowałaby ładunek. Pobiegł szybko do kierownika pociągu, aby powiedzieć mu co się dzieje
– Ten spokojnie odpowiedział, że to nic takiego. Wziął do ręki duży młot i z całej siły walnął w zawór. Przestało ciec, semafor za jakiś czas się podniósł i pociąg odjechał.

OD INSTRUKTORA DO KONTROLERA

Po okresie pracy w Wielbarku, pan Lucjan został wyznaczony do pracy jako instruktor. Jeździł wtedy po całym województwie, prowadząc kursy dla chcących dokształcić się kolejarzy.
– W pewnym okresie uczyłem chyba z 700 osób.
Praca na tym stanowisku nie trwała długo. Po około trzech latach został kontrolerem. Obszar, na jakim działał, rozciągał się od Nasielska przez Działdowo do Olsztyna, od Nidzicy do Szczytna i od Czerwonki aż po Ełk.
– Lubiłem tę pracę. Samemu się ustalało co i gdzie chce się skontrolować. Z tego okresu pamiętam najwięcej. Człowiek spotykał się z wieloma ludźmi, rozmawiał, poznawał ich problemy.

KONTROLA W BISKUPCU

Pewnego razu pan Lucjan wybrał się na kontrolę do Biskupca i Mrągowa. Poszedł na nastawnię w Biskupcu. Pracowała tam kobieta mieszkająca w Targowskiej Woli. Nie spieszył się zbytnio, gdyż autobus odjeżdżający do Mrągowa miał dopiero za kilka godzin.
– Był już wieczór. Zgodnie z nakazem, wszystkie zbędne światła na nastawni były wygaszone, siadłem przy stoliku, na którym świeciła się nocna lampka i zacząłem przeglądać księgę rejestrową.
Wszystko było w porządku, zresztą, jak mówi, szukał poważnych przewinień, nigdy nie czepiając się byle czego.
– W pewnym momencie usłyszałem dziwny hałas, coś jakby się za mną poruszyło. Obejrzałem się, ale nic nie widziałem.
Po pewnym czasie sytuacja się powtórzyła. Tym razem pan Lucjan wstał, podszedł do skrzyni, w której trzymano węgiel i odchylił wieko.
– Na kilka sekund mnie zamurowało. Zobaczyłem małego chłopca leżącego na węglu.

ODKRYŁEM BIEDĘ

Spojrzał na kobietę pracującą na nastawni, ta stała nieruchomo, przestraszona.
– To było niedopuszczalne, aby do budynku zabierać ze sobą dziecko. Za coś takiego straciłaby pracę.
Szybko przemyślał całą sytuację. Nie chcąc straszyć chłopca, wręczył mu cukierki, których garść zawsze nosił przy sobie. Pan Lucjan w tym okresie palił duże ilości papierosów, po których lubił poprawić sobie smak w ustach ssąc cukierki.
– Chłopcu, gdy otrzymał całą garść łakoci, aż się oczy zaświeciły. Mówił, że są pyszne, a to były zwykłe cukierki.
Jak się dowiedział, kobieta miała jeszcze siedmioletnią dziewczynkę, która opiekowała się w domu najmłodszym dzieckiem. Zaś trzyletniego syna, największego łobuziaka, brała ze sobą do pracy, obawiając się, że córka nie poradzi sobie z dwojgiem dzieci.
– Przecież ona nie wzięła dziecka dla rozrywki, tylko nie miała go z kim zostawić. Odkryłem biedę. Zastanawiałem się przez chwilę, co z całą sprawą dalej zrobić.
Znał ówczesnego zawiadowcę stacji w Biskupcu, oficera wojska.
– Wiedziałem jaki jest z charakteru. Domyślałem się, że jak tylko się dowie o całym zdarzeniu zwolni kobietę z pracy. Postanowiłem nie informować o tym nikogo.
Zawiadowca z Biskupca do końca swojej służby nie dowiedział się o tym zajściu.
Główny sprawca całego zamieszania jeszcze długo dopytywał się, kiedy znowu przyjedzie wujek, który tak hojnie obdarował go cukierkami.

POCIĄG SPECJALNY

Zdarzenie to miało miejsce w latach siedemdziesiątych. Będąc w Działdowie, pan Lucjan otrzymał pilną informację, że od strony Warszawy nadjeżdża pociąg specjalny. Wydano też polecenie, że ma do niego wsiąść.
– Dopiero jak wsiadłem dowiedziałem się, że pociągiem podróżują ważne persony: przywódca Rumunii Nicolae Ceausescu i premier Polski Piotr Jaroszewicz.
Skład zestawiony był: z parowozu, salonki, w której przebywali pracownicy zapasowi PKP, tacy jak maszyniści czy łącznościowcy, wagonu ochrony, salonki Ceausescu, salonki Jaroszewicza, bufetu oraz wagonu zbrojeniowego, gdzie znajdowała się broń i amunicja. Taki pociąg miał wyznaczone czasy przejazdu oraz przybycia do stacji docelowej. Średnia prędkość wynosiła zaledwie 40 km/h.
– Warszawscy kolejarze zawsze pozwalali sobie na więcej i nie stosowali się ściśle do przepisów. Okazało się, że jechali szybciej niż powinni, dlatego my, by dotrzeć do Gągławek czasowo musieliśmy jechać bardzo wolno. W niektórych momentach z pociągu można było wyskoczyć i wskoczyć do niego ponownie. Dzięki temu mieli dużo wolnego czasu, który spędzali głównie na grach w karty.

PYSZNY SALCESON

W czasie jazdy do salonki, gdzie przebywali pracownicy PKP, wszedł oficer ochrony i zaprosił wszystkich do bufetu na kolację. Żeby do niego dotrzeć, musieli przejść przez cały skład.
– Największe wrażenie zrobiły na mnie dywany w salonkach, którymi jechali oficjele. Miały strasznie długie włosie i były bardzo miękkie. Nigdy u nikogo w domu takich nie widziałem.
Jak opowiada pan Lucjan, konstrukcyjnie wagony wyglądały tak samo jak i inne. Także były podzielone na przedziały, różniły się jednak, i to bardzo, komfortowym wykończeniem.
– Jak przechodziłem przez salonkę Ceausescu mignęła mi gdzieś jego postać, widoczna między niedociągniętymi zasłonami.
Gdy doszli do bufetu, wszyscy siedli przy sporych rozmiarów stole.
– Czekaliśmy jakie specjały nam podadzą. Kelner po pewnym czasie przyniósł kaszankę i salceson. Do picia mieliśmy albo kawę zbożową, albo herbatę. Dziś może się wydawać, że nie było to nic specjalnego. Wtedy ciężko było dostać wyroby z mięsa. Również jakość i smak nie miały porównania z tymi, które można było dostać w sklepach.

GĄGŁAWKI

Po obfitej kolacji, z której niektórzy wzięli prowiant na dalszą część wycieczki, udali się ponownie do swojej salonki. Czas mijał powoli. Pociąg wlókł się niemiłosiernie wolno. W końcu po kilku godzinach dojechali do Gągławek. Pogoda była marna, było zimno, padała gęsta mżawka a nagłe podmuchy wiatru wywoływały głośny szelest pobliskich drzew. Nikomu się nie spieszyło, aby wysiadać. Na stacji stała mała grupka oficjeli ubranych w garnitury i płaszcze, chroniąca się przed uderzającymi ich falami kropel deszczu.
W pociągu zapanowała konsternacja. Okazało się bowiem, że zbyt mało przedstawicieli władz ze strony polskiej przybyło na powitanie tak znanego polityka sojuszniczego kraju.

– Nagle ktoś wpadł do naszego wagonu, każąc szybko wychodzić na zewnątrz.
Mimo zdziwienia zaistniałą sytuacją, obsługa pociągu posłusznie wyszła z salonki na pobliski peron.
– Mieliśmy ustawić się w równym rzędzie, ktoś pospiesznie przeszedł wzdłuż niego sprawdzając, czy wyglądamy w miarę porządnie.
Stali tak przez chwilę, aż w wyjściu wagonu pojawiła się postać rumuńskiego polityka.
– Podszedł do pierwszego kolegi, myśląc, że to przedstawiciel władz. Uśmiechnął się i uścisnął mu dłoń. Jako że stałem w środku trochę poczekałem na swoją kolej. W końcu podszedł i do mnie. Popatrzył, podał dłoń i poszedł dalej.
Ci, którzy stali na początku rzędu, dostali nakaz, aby przejść za plecami kolegów, żeby jeszcze raz przywitać Ceausescu.

ODJAZD

Po całej akcji kolejarze śmiali się do rozpuku, że pewnie Ceausescu nie spodziewał się, iż w takich Gągławkach może mu wyjść tyle ludzi na powitanie.
– Po chwili podjechały rządowe wołgi i czajki. Oficjele bardzo szybko się do nich zapakowali i ruszyli w dalszą drogę.
Odkąd z pociągu wysiedli politycy, przestał być on pociągiem specjalnym. Jednym słowem w drogę powrotną mógł się udać jako zwykły skład, którego nie obowiązują dodatkowe ograniczenia.
– Było zimno, ale zawiadowca stacji zaprosił nas na herbatę. Gdy już się zagrzaliśmy, odprawiliśmy pociąg z powrotem, a ja autobusem wróciłem do domu.

TRAGEDIA POD DZIAŁDOWEM

Nie wszystkie wspomnienia pana Lucjana są opowieściami przyjemnymi dla ucha. Bez wątpienia zaliczyć do nich można te dotyczące wypadków, do jakich doszło na kolei. Pierwszy, o którym mówi, wydarzył się pod Działdowem. Miało to miejsce na przejeździe w okolicach miejscowości Komorniki, leżącej przy drodze prowadzącej z Olsztyna do Działdowa. Do dziś znajduje się tam niestrzeżony przejazd.
– Gdy dojechaliśmy na miejsce, część rzeczy została już zebrana. Jednak i tak widok był przerażający. Dookoła walało się pełno części. Samochód był tak zmielony, że rozpoznanie jego marki nie wchodziło w grę. Jedyne, co było całe to gumowa wycieraczka pod nogi, która leżała w pobliskim rowie. Jak się okazało, samochód wjechał pod pociąg pospieszny relacji Warszawa – Olsztyn. Biegli zabrali się za pisanie protokołów.
– Dowiedzieliśmy się, że samochodem podróżowało pięć osób wraz z dużym psem, wilczurem. Nikt nie przeżył. Wszystko wskazywało na to, że kierowca nie zachował ostrożności i jadąc z górki nie zdołał zatrzymać samochodu przed przejazdem.
Po przeprowadzeniu wszystkich czynności lokomotywa została odprowadzona do Olsztyna na konieczny powypadkowy przegląd. Mniej więcej dwa dni później pan Lucjan był na szkoleniu w Olsztynie, na którym spotkał mechanika. Ten opowiadał mu: – Wie Pan co, ile myśmy się z tą lokomotywą zajmowali. Jak tylko wjechała na kanał zobaczyliśmy zwinięty kawał blachy, tkwiący w jej podwoziu. Za nic nie mogliśmy go wyciągnąć. Dopiero po długim czasie się udało.
Okazało się, że był to fragment blachy z samochodu, który owinął się wokół zapakowanych w brezentową torbę dwóch butelek wódki.
– To wręcz niesamowite, żeby z wypadku, w którym zginęło tyle osób, a samochód był tak zniszczony, ocalały dwie butelki wódki.

ROWERZYSTA W JAGARZEWIE

Wypadek pod Działdowem nie był jedynym, z którego cało wyszła tylko butelka wódki. Podobne zdarzenie miało miejsce na niestrzeżonym przejeździe w okolicach Jagarzewa koło Muszak. Tam doszło do wypadku kolejowego z udziałem rowerzysty. Z roweru została jedynie kupka powyginanego żelaza, rowerzysta całego zdarzenia nie przeżył.
– To było jakieś święto, sklepy były pozamykane. Ludzie mówili, że kilka godzin wcześniej wygrał parę groszy, grając w karty. Pojechał na melinę po alkohol i wracał do domu. Widocznie nie zauważył nadjeżdżającego pociągu relacji Nidzica – Szczytno.
Najdziwniejsze było to, że z wypadku ocalała jedynie butelka wódki, która przetoczyła się po kamieniach około dwadzieścia metrów.
– Do dziś nie wiem jak to możliwe. Gdyby poleciała po trawie, łatwiej byłoby wytłumaczyć to, że się nie potłukła, a ona przetoczyła się po twardych kamieniach nasypu kolejowego.

NIE DOJECHALI DO ŚWIĘTAJNA

Kolejny wypadek, jaki pamięta, wydarzył się na nieczynnym dziś przejeździe znajdującym się za Korpelami, przez który jechało się kiedyś do Olsztyna. Pracując jako kontroler jechał pociągiem do pracy do Olsztyna. Nagle poczuł, że maszynista zaczyna gwałtownie hamować, dawał także sygnały gwizdkiem. Pociąg stanął. – Wysiadłem i zobaczyłem maszynistę, który głośno lamentował, trzymając się rękoma za głowę.
Nie mógł wydusić z siebie ani jednego słowa. W końcu powiedział: – Potrąciłem samochód.
– Przeszedłem na drugą stronę pociągu. Wyglądało to strasznie. Na skarpie przy przejeździe siedziała starsza kobieta, na jej skroni widziałem strużkę krwi. Na kolanach trzymała małego chłopca, który krzyczał: gdzie jest moja mamusia.
Odwrócił się w stronę pociągu i wtedy zobaczył, że w pobliżu lokomotywy znajdują się zniszczone resztki samochodu.
– Widziałem też nienaturalnie wykrzywione ciało kobiety pokryte piachem i kurzem. Trochę dalej na torach leżały zwłoki mężczyzny, który zapewne był ojcem chłopca.
W chwilę po całym zajściu na miejscu pojawiło się pogotowie. Kobieta i mężczyzna zginęli. Jak się później dowiedział, rodzina jechała ze Szczecina do Świętajna. Po całym zdarzeniu maszynista nie podjął się prowadzenia dalej pociągu. Zastąpił go inny i po wykonaniu wszelkich niezbędnych czynności służbowych odesłano skład do Olsztyna.
– Z tego, co pamiętam, dochodzenie wykazało, że wina leżała po stronie kierowcy. Wschodzące słońce oślepiło go i nie zauważył nadjeżdżającego pociągu. Dobrze się stało, że ten przejazd został zlikwidowany.

PRZESTROGA DLA INNYCH

Wielu kierowcom wydaje się, że uda im się przejechać przed nadjeżdżającym pociągiem, nie zdają sobie sprawy jak bardzo ryzykują.
– To bardzo złudne i niebezpieczne przeświadczenie. Pociąg to nie samochód, droga jego hamowania jest o wiele dłuższa.
Najczęściej, gdy maszynista zobaczy wjeżdżający samochód na przejazd, niewiele może zrobić, aby zapobiec tragedii.
– Jedyne, co mu pozostaje, to włączyć hamulce, gwizdać i liczyć na to, że jednak nie dojdzie do zderzenia.
Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że jadący nawet bardzo wolno pociąg posiada ogromny pęd. Często droga potrzebna do zatrzymania składu wynosi nawet około kilometra.

W DOMU RODZINNYM

W dzisiejszym artykule pan Lucjan Woźniak opowie o tradycjach, zwyczajach i wierzeniach dotyczących okresu świątecznego.
Wspomnienia rozpoczynamy od czasów jego dzieciństwa, czyli lat 20. ubiegłego wieku.
Święta w jego rodzinnym domu w miejscowości Brzóze w okolicach Makowa Mazowieckiego, były długo wyczekiwane. Dzieci cieszyły się, że nadchodzi czas, gdy na stołach pojawią się lepsze dania a one same otrzymają podarki. Niepraktykowany był zwyczaj pisania listów do św. Mikołaja. Jeśli chodzi o prezenty, to dzieci najczęściej wykonywały je … same.
– Na kilka dni przed Wigilią ojciec dawał każdemu kawałek kory i nożyk. Mieliśmy wyrzeźbić z niej jakąś zabawkę. Mnie najlepiej wychodziły łódki.
Dzieci wierzyły, że podarki trafiają do Mikołaja, który sam decyduje co komu da. Jednym słowem zabawki wyrzeźbione przez dzieci jednego gospodarza otrzymywały dzieci innego zaś ten odwdzięczał się tym samym.
– Oczywiście my byliśmy przekonani, że wszystko dzieje się za pośrednictwem Mikołaja.
Poza rzeźbionymi zabawkami dzieci otrzymywały głównie prezenty praktyczne. Były to skarpety, cieplejsze buty czy spodnie, czasem słodycze.
Przygotowania do świąt rozpoczynały się na kilka dni wcześniej. Wtedy to kobiety brały się za gotowanie świątecznych potraw. Wszystkie gospodynie pomagały sobie wzajemnie. Zadaniem męskiej części rodziny była wyprawa do lasu po odpowiednią choinkę.
– Gdy byliśmy mali, ojciec zabierał nas ze sobą. Później, kiedy trochę podrośliśmy, sami udawaliśmy się na poszukiwanie choinki. Niekiedy znalezienie i wybranie tego najpiękniejszego drzewka zajmowało sporo czasu.
Po przyniesieniu choinki do domu, ojciec zajmował się jej odpowiednim ustawieniem. Później dzieci zabierały się za jej ubieranie. Za ozdoby służyły jabłka, cukierki, kolorowe łańcuchy, ciastka i papierowe wycinanki. Lampkami były pojedyncze świeczki, przywiązywane do gałązek drzewka.
– Zawsze przy ubieraniu choinki panowało wiele radości.
Kolację rozpoczynano dopiero, gdy wypatrzona została pierwsza gwiazdka. Przy stole, zgodnie z tradycją panującą do dziś, znajdowało się jedno wolne miejsce. Ojciec pana Lucjana dbał o to, aby pod obrusem znajdowało się sianko. On również jako pierwszy składał życzenia uczestnikom wigilijnej kolacji. Na dzielenie opłatka zapraszana była zarówno rodzina, jak i sąsiedzi.
– Na stołach znajdowało się pełno specjałów. Trudno było w tamtych czasach o karpia, ale ryba zawsze była na stole. Najczęściej była to smażona płotka, czasem szczupak.
Poza daniami rybnymi nie mogło zabraknąć makaronu z makiem, zalanego olejem lnianym oraz kapusty z grzybami.
Po kolacji większość mieszkańców wioski udawała się na pasterkę.
Ubrana choinka stała w domu do Święta Trzech Króli, potem była rozbierana.
– Wszyscy czekaliśmy na ten moment. Chodziło oczywiście o możliwość zjedzenia tego co się na niej znajdowało. Najcenniejsze były cukierki.

OKUPACJA

Zwyczaje panujące w miejscowości, w której mieszkał pan Lucjan niewiele się zmieniły po zajęciu tych ziem przez Niemców.
– Trochę gorzej wyglądała sytuacja z żywnością. Trzeba było Niemcom oddawać pewną jej część. Poza tym nie można było zabić np. świniaka. Ludzie jednak kombinowali i nie było tak źle. Niemcy nie przeszkadzali nam świętować, oni też uroczyście je obchodzili.
Jedyną niedogodnością był obowiązek posiadania przepustek na pasterkę.
– Najczęściej rozdawał je sołtys, po tym jak otrzymał je od władz niemieckich.

W NIEWOLI

Święta spędzone u niemieckiej rodziny w Orżynach, gdzie był pracownikiem przymusowym, wspomina całkiem przyjemnie. Kojarzyły mu się zwykle z czasem, gdy pojawiało się na stołach lepsze jedzenie a w gospodarstwie oprócz niezbędnych prac nie wykonywano żadnych dodatkowych czynności. Kolację wigilijną spożywał wraz z pozostałymi dwoma pracownikami, tak jak i inne posiłki, w jednym pokoju z rodziną gospodarza, siedząc jednak przy oddzielnym stole.
– Jedliśmy te same dania, zawsze panowała trochę luźniejsza atmosfera. W zwyczaju nie było jednak składania sobie życzeń i łamania się opłatkiem. Niemcy obawiali się, że ktoś zauważy, że są w zbyt dobrej komitywie z więźniami. Gdyby takie coś wyszło na jaw, więźniowie trafiliby do obozu, zaś gospodarze mieliby kłopot z otrzymaniem kolejnych pracowników.
Zarówno on, jak i pozostali dwaj robotnicy otrzymywali od gospodarzy prezenty.
– Były to drobne upominki. Ja jednak do dziś mile wspominam ciepłe skarpety dziergane na drutach.
Nieco inaczej wyglądała Wigilia 1944 roku. Front zbliżał się nieuchronnie. Przez wszystkie miejscowości przetaczały się masy ludzi uciekających na zachód. W czasie świąt panowały minorowe nastroje. Kilka dni wcześniej gospodarz wybrał pana Lucjana jako pomocnika przy pędzeniu bimbru.
– Robiliśmy to w nocy w wielkim pośpiechu. Otrzymałem za to kilka butelek napoju. Spożyliśmy go razem z innymi więźniami w Wigilię po kolacji.

KOLEJARSKA WIGILIA 1945

Po zakończeniu działań wojennych w 1945 roku, pierwszą Wigilię pracowniczą spędził wraz z innymi pracownikami kolei. Na stację w Wielbarku trafiło wielu kolejarzy z całej Polski.
– Sporo było pracowników z Białegostoku, Warszawy, kilku nawet z Krakowa.
Gdy zbliżał się czas świąt, postanowiono urządzić prawdziwą kolejarską Wigilię. Odbyła się ona w kolejowym budynku przy dzisiejszej ulicy Kajki. W rogu sali stała niewielka, skromnie ubrana choinka. Oprócz załogi stacji i sokistów uczestniczyli w niej zaproszeni goście, m.in. komendant milicji i ksiądz Domagała. Stoły były jednak puste. Panowała wtedy straszna bieda. Jedynym daniem były smażone płotki złowione przez kasjera Pogorzelskiego w pobliskiej Sawicy.
– Pod jedną ze ścian stał stół, przy którym siedzieli najważniejsi goście. Prostopadle do nich ustawione były stoły gdzie biesiadowali pozostali. Jedynie na głównym stole znajdowały się usmażone ryby.
Po złożeniu sobie życzeń i podzieleniu się opłatkiem przyniesionym przez księdza Domagałę, odśpiewali kilkanaście kolęd.
– Jedyne, czego nie brakowało, to bimber. Kolejarze z Białegostoku przywieźli dwie spore kany z trunkiem. Każdy pił w czym się dało.

W WIELBARKU

Ciekawe zwyczaje panowały w Wielbarku w pierwszych latach po drugiej wojnie. Społeczność kolejarzy była bardzo ze sobą zżyta. Większość mieszkała blisko siebie, utrzymując ze sobą bliskie kontakty.
– Zbieraliśmy składki, za które kupowaliśmy drobne prezenty. Przeważnie ja byłem dziadkiem Mrozem. Przebierałem się i chodziłem po wszystkich domach, dając upominki dzieciom.
Później zwyczaj ten zanikł. Pan Lucjan wspomina jednak jeszcze jedną Wigilię zorganizowaną przez kolejarzy w pobliskiej szkole. Uczestniczyły w niej nie tylko dzieci kolejarzy. W dużej sali zbudowana została specjalna ścianka. W czasie rozdawania prezentów każde kolejno dziecko wyczytane, podchodziło do niej i otrzymywało wędkę, za pomocą której musiało przerzucić żyłkę z haczykiem ponad ścianką. Siedząca za nią osoba mocowała na haczyku prezent, który dziecko musiało samo wyciągnąć.
– Wiele przy tym było śmiechu. W tamtych czasach święta oznaczały zupełnie coś innego niż teraz. Dziś wielu ludzi zapomina o więzach rodzinnych, spędzając je w wąskim gronie a najważniejsze dla nich to grający telewizor, jedzenie i alkohol na stole.

DREWNIANE PODKŁADY

Niewielu ludzi wie jak wysokie koszty wiążą się z budową torów. Kolejowe trakty muszą być kładzione przy zachowaniu wielu parametrów. Tor nie może nagle skręcać, a także wznosić się lub opadać pod zbyt dużym kątem.
Wiąże się z tym budowa odpowiednich nasypów, których jednym z zadań było wyrównywanie poziomów.
– Kiedyś za podkłady służyło ciosane ręcznie dębowe drewno. Ile drzew trzeba było ściąć, ile to pracy kosztowało – wspomina pan Lucjan.
Podkłady kolejowe były nasączane odpowiednimi środkami, które zapobiegały gniciu.
– Dzięki temu wytrzymywały dobrych i ze 20 lat. Później te, które się nie nadawały już do niczego sprzedawane były pracownikom kolei jako drewno na opał. Według niego podkłady drewniane zdecydowanie przewyższają betonowe. Te nie są tak elastyczne. Często bardzo szybko się kruszą i trzeba je wymieniać. Beton zastąpił drewno ze względów ekologicznych.

EMERYTURA

Po długoletniej pracy pan Lucjan w 1986 roku przeszedł na zasłużoną emeryturę. Jak mówi niczego nie żałuje. Praca na kolei bardzo mu się podobała i jak zaznacza czuje się człowiekiem spełnionym w swoim zawodzie. Kolejarzem został z powołania. W momencie, gdy odchodził kolej była jeszcze potężną instytucją. Czasy przemian początku lat 90. to systematyczny upadek PKP. Na kiedyś tętniącej życiem stacji w Wielbarku dziś trudno nawet znaleźć szyny. Całą infrastrukturę coraz gęściej porastają krzewy i trawy. Również sami ludzie przyczyniają się do takiego a nie innego wyglądu budynków. Wiele z części zabudowy zostało rozkradzionych.
– Ludziom przestało zależeć. Kiedyś nie leżał tu ani jeden papierek, a teraz większość dworców jest w fatalnym stanie! – ubolewa Lucjan Woźniak. Systematycznie likwidowane są kolejne połączenia.
– Najpierw zamknięto tor na Nidzicę, później zlikwidowano połączenie z Ostrołęką, a w końcu i do samego Wielbarka przestały przyjeżdżać pociągi. Pierwszą rzeczą, jaka została zniszczona po zamknięciu stacji, był zegar wiszący na jednej ze ścian. Ktoś zniszczył go, rzucając w niego ceglanką lub kamieniem. Będąc w domu, pan Lucjan często wpatruje się w okno, z którego widać dworzec.
– Serce się kraje, jak się na to wszystko patrzy. U nas kolej się nie opłaca, a na zachodzie tętni życiem. Wiele krajów wprowadziło nakaz przewożenia ciężarówek na lawetach kolejowych. Odciąża to drogi i nie powoduje tak szybkiego ich niszczenia.

NA CZYIMŚ GARNUSZKU

Pan Lucjan Woźniak, mimo że ma już 84 lata bierze czynny udział w życiu Wielbarka. Bardzo chętnie dzieli się z innymi swoimi wspomnieniami. Wielokrotnie zapraszany jest na różnego rodzaju spotkania, w tym także do szkół, gdzie opowiada o swoich przeżyciach. Jest jednym z najstarszych mieszkańców Wielbarka. Rozmowom z panem Lucjanem zawsze towarzyszy miła i czasem bardzo humorystyczna atmosfera:
– Już ponad dwadzieścia lat jestem na emeryturze. Tak sobie czasem myślę, że już wykorzystałem to, co odłożyło mi się przez lata mojej pracy. Teraz można powiedzieć, że żyję na czyimś garnuszku. W domu było ośmioro rodzeństwa. Do dziś oprócz mnie żyje tylko dwóch najmłodszych braci.

CIEKAWY CZŁOWIEK

O bohaterze cyklu naszych artykułów w bardzo ciepłych słowach wypowiada się wójt Wielbarka Grzegorz Zapadka.
– O panu Lucjanie mogę powiedzieć same dobre rzeczy. To bardzo ciekawy człowiek – mówi.
Pana Lucjana zna od najmłodszych lat, ich rodziny mieszkały bowiem na tej samej ulicy.
– Kolejarze od dziecka kojarzyli mi się z tym, że chodzili w mundurach pod krawatem. Tak też wspominam pana Lucjana. Sam często chodziłem oglądać parowozy manewrujące na dworcu w Wielbarku – wspomina Grzegorz Zapadka.
Jak zaznacza, tacy ludzie jak pan Lucjan są bardzo potrzebni lokalnej społeczności.
– Bierze on udział w spotkaniach z młodzieżą, opowiada jej o historii naszej małej ojczyzny. Buduje w ten sposób świadomość młodych ludzi. To bardzo ważna sprawa. A do tego potrafi opowiedzieć historię, którą sam przeżył w sposób atrakcyjny – zauważa wójt.

Kategoria: Szczytno-Ostrołęka

Dodaj komentarz